Jurodziny

Szkoła – kupiłam słodycze, co by po lekcji poczęstować wszystkich. Potem zrobiłam bransoletę dla koordynatorki – się ucieszyła. Dziś jadłam obiad z pracownikami i szefostwem – nikt nie wiedział, że mam urodziny, a ja też się nie wygadałam. Potem – w drugiej jadalni, dojrzałam ciacho, które próbowała ukryć Tamara z jednym z pracowników. Dali mi je u góry (z dala od szefostwa itd.). Zapalili niegasnące świeczki, więc była kupa śmiechu. Kilkoro mieszkańców pomagało mi w zdmuchiwaniu ich. Dostałam prezent od Tamary – słodycze (dużo żelek), kolczyki i ocieplacz na gotowane jajko. Otworzyłam kartkę od mamy – piękne były zapisane tam życzenia i się wzruszyłam. Wieczorem zaś dostałam kartkę od Doris (DZIĘKUJĘ WAM!)

Później urodzinowe pogaduszki z Justyś i chorym Jakubem.

Śpijcie spokojnie – tego Wam życzy dwudziestosześciolatka :)

 

Wciąż do przodu

Rano nie mogłam podnieść się z łóżka. W szkole czas przeszły – inny, niż miałam. Ciężko było, bo musiałam wymyślać, jak się odmienia nieregularne. I nic nie trafiłam ;) Po lekcji praktykanci podeszli do mnie, co by mi dodać otuchy, bo jako jedyna nie przerabiałam jeszcze tego tematu, a była to raczej powtórka niż podstawa. Ale przecież się nie załamałam – ciężko było, to prawda, ale dobrze – przynajmniej uczę się czegoś nowego.

Potem chwilka snu, ale i trudno było mi zasnąć, i szybko się obudziłam, bo za ścianą strasznie hałasowano. Potem zwyczajowo ruszyłam z Pepą.

Po powrocie pomoc w kalendarzach – zaznaczanie wszystkich świąt, urodzin i tym podobnych informacji – latałam od jednej do drugiej osoby i pomagałam w zapisach. Po powrocie rozmowa z Luisem na tematy życiowe. Po niej podziękował mi za uzewnętrznienie się.

W moim pokoju zimno. To dziwne, bo mam mniejsze okno. I wciąż nie mam tablicy. I zamek od drzwi działa coraz gorzej. To się wyżaliłam – już mi lepiej.

Kuba stwierdził, że chciałby podchodzić do życia tak pozytywnie, jak ja. Najśmieszniejsze jest to, że ja uważam, że smutas jestem, za dużo narzekam i chcę się zmienić.

Na deser Bea pozowana, Bea przyłapana, Bea i Jesusito razy dwa, bo za drugim razem Bea pokazuje śliczny profil ;)

 

A w głowie przedwiośnie

Najpierw zajęłam się wymianą pościeli w pokojach mieszkańców, a potem poszłam na długi spacer – razem z mieszkańcami i Beto, który był smutny, więc trochę zaczęłam się wygłupiać i udało mi się parę razy wywołać uśmiech na jego twarzy, co uznałam za swój sukces. Jorge – osoba z najgłębszą niepełnosprawnością, chciał iść ze mną pod ramię – z nikim innym, tylko ze mną. Co lepsze, autysta też. I koniec końców – wyszło tak, że w jednej ręce miałam 2 osoby. Ale szybko wprowadziliśmy zmiany.

Po obiedzie złamałam klucz od szafy autysty, z którym byłam na spacerze. Wybuchłam histerycznym śmiechem. Pracownicy nie wierzyli w to, co zrobiłam. Ale klucz był nadszarpnięty, bo zamek nie działał poprawnie, więc poszło łatwo. Problem w tym, że szafa wciąż była zamknięta, a tam znajduje się piżama, szczotka i pasta do zębów, a wcale nie jest łatwo wytłumaczyć takiej osobie, że chwilowo nie może umyć zębów, bo przełamuje to jego rutynę dnia, a wtedy nie czuje się bezpiecznie. Więc szybko poszukaliśmy innej szczotki, ale nie było – znalazł się kubek i pasta, więc oddałam swoją (nieużywaną) szczotkę – bo przecież to moja wina była. Oczywiście Luis oddał mi pieniądze. Na szczęście Beto wyjął z zamka część klucza, a dnia następnego pan konserwator przyniósł zapasowy (bo akurat tego nie było w rezydencji).

W drugim ośrodku czekało mnie siedzenie i oglądanie telewizji. Tyle tylko, że sama przygotowałam podgrzałam) kolację, zastawiłam stoły itd. Trójka pracowników pojechała z większością uczestników na spektakl, w którym występowali mieszkańcy. Trochę byłam zła, bo bardzo chciałam to zobaczyć.

Ale za to zostałam z Jesúsem, który ma nowego chłopaka, więc mogliśmy odrobinę poplotkować. A potem czekały mnie rozmówki z Kubą. Długu nie mogłam zasnąć. Ryczałam z godzinę. Przyszedł jeden z kryzysów. Ale takich pozytywnych – zaraz się pozbieram i będzie lepiej niż było. Dobranoc!

Dziś po drodze do drugiego ośrodka sfotografowałam oznaki wiosny:

 

Jamieniny

Spańsko – dzisiaj mam imieniny, więc pozwoliłam sobie zostać w łóżku trochę dłużej. Później – wciąż przed godzinami mojej pracy, ruszyłam podbić rezydencję. Trwało generalne odwszawianie połączone z goleniem męskich głów. Oficjalny komunikat: nie mam wszy ni gnid, jestem czysta.

Zabrałam się za robienie prezentów dla ulubionej trójki, z której dwójka ma za tydzień urodziny. Koordynatorka zażyczyła sobie jedną. Więc kazałam jej wybrać kolory, ale zastrzegłam, że dzisiaj nie dam rady zrobić dla niej bransoletki.

Potem praca – wypad z Dudu i grupą uczestników w Círculo de Bellas Artes. Widok stamtąd prezentował się nieźle, choć nie tak dobrze, jak z kopuły katedry. Na szczęście pogoda nam dopisała. Po pracy wyszłam spotkać się z Verą (węgierską wolontariuszką). Przybyła ze Słowaczką (albo Słowenką, ale wydaje mi się, że tą pierwszą – niestety nie zapisało się to w mojej pamięci) i trzema Hiszpankami. Czekałyśmy na Işıl i Maję. Hiszpanki po pół godziny zrezygnowały. Dziewczyny przybyły z jakimś chłopakiem (imię w stylu Alexander – oj, coś nie chce pracować dziś moja główka) – pół Amerykaninem, pół (chyba) Francuzem. Stwierdził, że mam brytyjski akcent (już drugi amerykaniec, który tak twierdzi). Onieśmielało mnie rozmawianie z nim, ale jakoś to poszło. Vera i Słowaczka nie czuły się zbyt komfortowo w pubie, bo był straszliwie zaludniony, głośny i bez krzeseł, ale trudno coś znaleźć dobrego w weekend. Postawiłam wszystkim piwo, bo przecież mam imieniny (tak to się robi w Hiszpanii). Ale szybko żem poszła, bo spać trza.

 

Dżampreza urodzinowa

Na śniadanko kaszka. Po lekcjach nauczyciele powiedzieli mi, że powinnam być poziom wyżej. Potem ruszyłam na spotkanie z Belén. Tutoría odbywała się po hiszpańsku. Dałam radę.

Potem ruszyłam do domu, gdzie zabrałam się za przygotowanie prezentów – wisiorków z filcu (szkoda, że nie zrobiłam im zdjęcia, ale może jeszcze takie zrobię, to wtedy je uwiecznię). Następnie ruszyłam w stronę miejsca spotkania z Mają i Vicky. Troche się spóźniłam, ale miałyśmy dużo czasu w zapasie, więc nie był to tak duży problem. Ruszyłyśmy szukać docelowego baru – po znalezieniu dzielnicy, potem ulicy, zaczęłyśmy szukać cukierni, ale nic nie było w pobliżu (się pytałyśmy), więc zaszłyśmy do Carrefoura i tam zakupiłyśmy dwa ciasta. Potem dotarłyśmy do baru. Ode mnie i Mai nikt nie przyszedł, więc gadałyśmy sobie ze znajomymi Greczynki (5 osób). Po północy ruszyłyśmy do domu.

Nie były to najbardziej rozrywkowe urodziny na świecie. Ale za to dostałam fajnego lizaka ;)